czwartek, 12 listopada 2015

0. Prolog

Londyn; 30 grudnia 1926
Londyn zimą wyglądał surowo i starożytnie. Wielkie budynki, przez które ludzie czują się mali. Latarnie rozświetlające drogę wędrowcom. Na ulicach jednak pozostała jedynie garstka ludzi. Należy to tłumaczyć późną porą; dochodziła bowiem jedenasta w nocy. Księżyc wisiał wysoko na niebie, a towarzyszyły mu ciemne chmury. Dookoła panowała cisza.
Samotna postać w płaszczu z kapturem na głowie poruszała się niezdarnym, nerwowym krokiem. Co chwilę potykała się, nawet o własne nogi. Ręce schowane w za dużych rękawiczkach spoczywały na brzuchu. W świetle można było dostrzec twarz tułacza, a raczej tułaczki. Osobą w płaszczu był nie kto inny jak kobieta. Co dziwniejsze, młoda kobieta. Nie mogła mieć więcej niż dziewiętnaście lat. Spod płaszcza wystawał niegdyś biały kawałek materiału, którego teraz używała jako sukienki. Odgarnęła z twarzy brudne włosy i jednocześnie zasłoniła oczy przed śniegiem. 
Przewróciła się i zaczęła płakać. Zaraz po upadku słychać było trzask, jakby łamanego drewna. Leżała jak długa na plecach, wśród zimnego śniegu. Łzy lały się strumieniami, sprawiając, że ciemne tęczówki niemal się rozpłynęły. Szloch kobiety był cichy i żałosny; jej chuda pierś nierówno unosiła się i opadała. Delikatnie podniosła się do pozycji siedzącej. Uniosła kościstą rękę i wyjęła spod płaszcza dwa kawałki patyka. W rzeczywistości była to różdżka. Na jej widok niewiasta chlipnęła i krzyknęła na niebo.
Odrzuciła pozostałości jej różdżki, a tym samym godności czarodziejskiej  i ostrożnie stanęła na nogach. Oparła się o latarnię. Wzięła kilka głębokich wdechów i ruszyła naprzód. Jej cel znajdował się tylko kilka metrów przed nią. Dziurawy Kocioł w grudniu zawsze wyglądał na opuszczony. Jedyne dwa okna jakie posiadał zabite były grubymi deskami. Kobiecie najwyraźniej to nie przeszkadzało. Zapukała swoją maleńką pięścią w drzwi.
Po chwili z budynku wyłonił się mężczyzna. Spojrzał na przybyszkę sceptycznym okiem, świecąc jej w twarz światłem.
 — Kim jesteś i czego tu szukasz? – spytał szorstkim tonem.
Białogłowa uniosła głowę, zdejmując kaptur. Odsłoniła tym samym swoje ciemne włosy, zapadłe policzki i krzywy nos. Pomimo nosa można było uznać ją za dostatecznie ładną. Cały wygląd psuł jednak wystający brzuch, świadczący o tym, że dziewczyna nosiła w sobie nowe życie.
— N-nazywam się… — odchrząknęła i wzięła głęboki oddech. – Nazywam się Meropa Gaunt. Zapewne znasz mojego ojca, Marvola.
Z jej suchych ust dobywał się tylko niewyraźny szept. Barman jednak zrozumiał i spojrzał na Meropę jeszcze mniej łaskawie. Wszyscy znali Marvola Gaunta, a raczej wszyscy słyszeli o Marvolo Gauncie. Bezdusznym wdowcu, który bił swą najmłodszą córkę, a następnie trafił razem z synem do Azkabanu. Po całym Londynie krążyły plotki o tajemniczej śmierci pani Gaunt, a nawet o niej samej. W końcu nikt nigdy nie widział jej na oczy, a jego dzieci przecież nie powstały ot tak sobie. Przez to krążyła legenda, jakoby Gaunt zawarł pakt z diabłem, a dzieci były jego nagrodą. Gaunt zajrzał raz do Dziurawego Kotła, a barman obiecał sobie, że nigdy więcej żaden członek tej patologicznej rodziny nie przekroczy tego progu.
— Słyszałem o nim, a raz miałem przyjemność go poznać – odpowiedział najbardziej jadowicie jak tylko potrafił.
Meropa wciągnęła powietrze, czując, ze traci ostatnią szansę na dostanie się do magicznego świata. Mogła również przenieść się do Ministerstwa, a stamtąd na Pokątną, ale, Bóg jej świadkiem nie miała siły. Tak dużo energii już zużyła na samo powstanie po upadku, na przełknięcie tej goryczy, jaką było odrzucenie przez osobę, którą kochała, na nieustanną nienawiść i obrzydzenie do samej siebie. Musiała koniecznie zdobyć pieniądze. Nie jadła nic od przedwczoraj, a przecież nie karmiła tylko siebie!
— Przykro mi – wysapała. – Naprawdę współczuję panu. Cokolwiek zrobił mój ojciec na pewno nie przysporzyło nam miłości innych czarodziei. Zapewniam jednak, że nie mam złych zamiarów. Pragnę jedynie dostać się na ulicę Pokątną.
Mężczyzna zmarszczył brwi, a dziewczynie nagle rzuciła się w oczy wielka chochla, którą dzierżył w dłoni. Wzdrygnęła się, ale starała się to ukryć, aby barman nie wziął tego do siebie.
— Doprawdy? – zakpił. – A czego nastoletnia córka starego, Bogu dzięki martwego Marvola, na dodatek ciężarna córka szuka w nocy w moim barze?
Meropa wstrzymała oddech. To prawda, że jej ojciec nie należał do najlepszych rodziców. To prawda, że bił ją i nią pomiatał. Jednak zawsze miała dla niego szacunek. Zrobiło jej się przykro; kogoś cieszyła śmierć jej ojca. Śmierć, za którą ponosiła odpowiedzialność. Zabiła własnego ojca! Nie obchodziło jej, że próbował ją zabić. Nie miało znaczenia, że to przez list, który mu zostawiła. Jedyne, co się wtedy liczyło to fakt, że pozbawiła go życia. Zwalczyła ochotę, aby podzielić się z barmanem swoimi przemyśleniami, co do moralności i zmusiła się do miłego tonu:
— To długa historia, a pan na pewno wolałby już o mnie zapomnieć. Nie mam panu tego za złe, pragnę jedynie, aby pozwolił mi pan dostać się do naszego świata. – Prośba w jej głosie była ledwie wyczuwalna, zupełnie jakby nie była w stanie silić się na właściwą intonację.
Barman spojrzał na nią przeciągle, nieco życzliwiej jednak wciąż zachowywał czujność. Zupełnie, jakby podejrzewał ją o kłamstwo lub manipulację. W końcu, co ktokolwiek mógłby sobie pomyśleć w takiej sytuacji? Do waszych drzwi zapukała ciężarna dziewczyna, jeszcze dziecko, a na dodatek w wigilię! W wigilię, kiedy powinna siedzieć w domu, z rodziną. Później jednak dotarło do niego, co to za rodzina. Gauntowie. Meropa uciekła na wiosnę z domu i słuch po niej zaginął. Czasami tylko ktoś szeptał co nieco o tym, że sprzeciwiła się idei czystej krwi, ale raczej niezbyt pewnie. Wychowanie, które zafundował jej ojciec z pewnością musiało pozostawić po sobie krwawe piętno.
Do jego prostego umysłu przyszła nagle myśl, jak bardzo zabłysnąłby w towarzystwie, gdyby mógł im opowiedzieć historię Meropy Gaunt. Musiał się dowiedzieć, cóż takiego sprawiło, że w ogóle zaczęto myśleć o tym, że mogłaby uciec z mugolem. 
— Pod jednym warunkiem – oznajmił podekscytowany. – Opowiesz mi, co tutaj robisz i czemu nie jesteś teraz w domu.
Meropa przełknęła ślinę. Zależało jej raczej na dyskrecji. Nie chciała brukać reputacji rodu, który pochodził od samego Salazara Slytherina. Od jednego z Trzech Braci – Kadmusa Peverella. Nie ważne, że stracili majątek, w ich żyłach nadal płynęła szlachetna krew, kto wie, czy nie czystsza niż tych aroganckich i zadufanych w sobie Blacków. Blackowie – pomyślała z goryczą. – Gdyby mogli skazaliby nas na banicję, wygnali, albo upozorowali naszą śmierć jako nieszczęśliwy wypadek. Zazdrościli nam tak zacnego pochodzenia. Bo cóż oni mają? Własne, nic nie warte słowa, w których i tak pewnie więcej kłamstwa niż prawdy. Mam nadzieję, że ten ród wymrze przed końcem stulecia.
— Oczywiście, jednak najpierw wolałabym załatwić swoje sprawy – starała się przybrać ugodowy ton.
Naciągnęła kaptur z powrotem na głowę, ponieważ zauważyła, że z kilku okien wychyliły się twarze, co ciekawszych mieszkańców. Zapewne następnego ranka usta nie będę im się zamykała.
— Jaką mam gwarancję, że ty… - zaczął ze zmarszczonymi brwiami, ale zaraz mu przerwała; zaczynała się już niecierpliwić.
— Nie ma pan żadnej gwarancji. Nawet jeśli dam panu moje słowo, może zdarzyć się nieszczęsliwy wypadek, przez który nie dopełnię przysięgi. Pozostaje panu jedynie mieć nadzieję, że wracając wstąpię i wszystko panu opowiem.
Z grymasem na twarzy mężczyzna przepuścił ją w drzwiach, a ona chwiejnym krokiem podążyła w stronę alei za barem. Musiała zrobić to jak najprędzej inaczej padnie z głodu na chodnik i już nie wstanie, zasypana przez cienką warstewkę śnieg.
Kiedy znalazła się na ulicy pokątnej od razu skierowała się w stronę Śmiertelnego Nokturnu, a tym samym swojego celu – sklepu Borgina i Burkesa. Bez zbędnych uprzejmości – nawet nie zapukała – weszła do budynku. Wszędzie dookoła leżały przedmioty, z których aż ziało czarną magią. Nie przejęła się tym zbytnio. W końcu w całej chatce mieli niemal tyle samo czarnomagicznych przedmiotów, które jej ojciec skrzętnie ukrywał przed Ministerstwem Magii.
— To nie jest sklep dla dzieci – oznajmił skrzekliwy głos ze składziku.
Zaraz za głosem wynurzył się i właściciel – stary, niski mężczyzna na dodatek z garbem. Jedno oko było zapuchnięte, zapewne dlatego, że wdał się w jakąś bójkę. Małe świńskie oczka świdrowały ją znad fałd, które przykrywały powieki. Dziewczyna nieco się przeraziła, ale zaraz przypomniała sobie dlaczego tu przyszła i wyprostowała się nieco.
Drżącą rękę zdjęła z szyi rodowy medalion, który jej zdaniem nadawał się jedynie na śmietnik. Ach, gdyby wiedziała ile był wart… Wszystko mogłoby potoczyć się dużo inaczej. Jednak co się stało, to się nie odstanie.
Rzuciła przedmiot na biurko mężczyzny, a ten wytrzeszczył oczy. Nie mógł uwierzyć w to co widział. To było niemożliwe; on zaginął! Stał się uprzejmiejszy, a nawet skłonił się nisko przed Meropą.
— To zupełnie inna sytuacja – poprawił się w nadziei, że przedmiot jego pożądania nie opuści jego sklepu. – Jestem Borgin. Rozumiem, że chce panienka sprzedać ten… przedmiot.
Zbliżył się  objął ją ramieniem, a Meropa ledwie powstrzymała się od skrzywienia. Zapach alkoholu jaki ulatniał się od mężczyzny był nie do wytrzymania. Dziewczyna miała okropne wspomnienia związane z ty, zapachem. Jej ojciec też lubił czasem wypić trochę Ognistej Whiskey, jak to mawiał „na rozluźnienie”.
Skinęła głową i przełknęła ślinę, jak bohaterki wielu powieści.
— No więc, trafiła panienka idealnie! W moim interesie jest sprawić, aby panienka tego nie żałowała. Jak brzmi panienki godność?Zawahała się, ale było już za późno, żeby się wycofać.
 — Gaunt…
 — Och… - wydusił z siebie, ale zaraz się opanował. – Przejdźmy do interesów. Mogę panience dać za ten medalion sześć galeonów.— Jedynie? – jęknęła.
Zmarszczył swoje gęste brwi.
— Dobrze, znaj moją hojność – warknął. – Dostaniesz dziesięć galeonów i ani knuta więcej!
Dziesięć galeonów, pomyślała z goryczą. Nie miała, co liczyć na więcej. Pozostawało jej jedynie przyjąć pieniądze. Lepsze to niż nic…
Wzięła pieniądze z lady, a kiedy się odwróciła nie zauważyła chytrego uśmieszku i zadowolonego błysku w oku Borgina. On coś wiedział, wiedział coś o medalionie. To nie była zwykła, tandetna pamiątka rodowa. Większość ludzi z tej ulicy wiele by za nią oddał.

Sierociniec Wool’s; 31 grudnia 1926
W sierocińcu rozległ się płacz dziecka. Matka chłopczyka wyglądała na wykończoną. Sapała ciężko, a krwawienie wciąż nie ustępowało. Jej życie wisiało na włosku. Jedna z opiekunek, mniej więcej w średnim wieku – przedstawiła się jako pani Cole – podeszła do niej z pytaniem o imię chłopca.
— Tom po ojcu i Marvolo po dziadku – oznajmiła chrapliwie, patrząc z miłością na malca. – Tomie Marvolo Riddle’u, mam nadzieję, że spełnisz swoje marzenia, malutki. Jesteś taki podobny do ojca…
Pani Cole podała Toma matce, a kobieta rozpłakała się ze szczęścia. Widziała już mroczki przed oczami, ale pierwszy raz, od kiedy Tom Senior ją zostawił poczuła, że warto było. Warto było stracić uznanie rodziny chociażby po to, żeby móc przez chwilę popatrzeć na tego szkraba.
— Zaopiekujcie się nim, błagam was… A kiedy… kiedy spyta o ojca powiedzcie mu to, co ja wam powiedziałam.
Później zaniosła się kaszlem, jakby chciała wypluć swoje płuca. Nie wzięła już kolejnego oddechu. Płacz chłopczyka nagle ustał i nastała cisza. Szansa Toma Marvolo Riddle na to, aby zaznać miłości prysła. Stanie się to, co stać się miało – Tom zostanie zapamiętany na długi, długi czas, a jego osiągnięcia będą budzić grozę nawet w największych mistrzach w dziedzinie magii. Może Meropa byłaby nawet dumna z osiągnięć syna…

Mam nadzieję, że się podobało, a jeśli nie, piszcie w komentarzach, napiszę prolog od nowa, a jeśli będzie trzeba to jeszcze raz, aż w końcu się uda. Mam czas... Liczę, że po tak długim czasie udało mi się choć trochę odkupić swoje "grzechy". Następny rozdział (jeśli ten się spodoba) pojawi się prawdopodobnie 6 grudnia. Uznajcie to za prezent mikołajkowy ;)

               



9 komentarzy:

  1. Witaj, na całe szczęście, ponownie!

    Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo się cieszę z prologu. Czekałam, czekałam i się doczekałam :-D.

    Rozdział bardzo mi się podobał. Pomysł bardzo fajny. O kreacji postaci niewiele mogę powiedzieć, ale przyznaję, że Twoja Meropa do mnie przemówiła. To jej dążenie do przeżycia dla swojego dziecka bardzo mnie wzruszyło, zwłaszcza że wszyscy wiemy, jak ta historia się skończyła. Szczególnie urzekła mnie ostatnia scena, w której dziewczyna umiera. Nigdy nie podobało mi się stwierdzenie pani Rowling, że Gaunt nie chciała przeżyć dla swojego syna, więc czytając Twoją wersję poczułam się w pełni usatysfakcjonowana. Bardzo ciekawi mnie opowieść Meropy o Tomie Seniorze, czekam na ciąg dalszy.

    Ogólnie rzecz biorąc, wyszedł Ci świetny zwiastun nowego opowiadania, według mnie nie trzeba niczego poprawiać. Okropnie mnie zaintrygowałaś, nie mogę doczekać się następnej części. Tak więc do zobaczenia w Mikołajki :- D.

    Pozdrawiam i życzę dużo weny i czasy do pisania,
    Zaczytana

    OdpowiedzUsuń
  2. Swietny prolog :) moim zdaniem nie trzeba w nim nic zmieniac, zafascynowalo mnie to opowiadanie i z niecierpliwoscia czekam na kolejne rozdzialy ;) pozdrawiam i zycze duzo weny :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wreszcie!
    Muszę przyznać, że jest lepiej niż było - zaczyna się cudownie. Mam nadzieję, że wytrwasz z blogiem, bo historia, jeżeli będzie napisana w taki sam sposób, będzie świetna.
    Weny, weny, weny...!

    OdpowiedzUsuń
  4. Prolog jest świetny, a tak w ogóle to bardzo się ciesze, że w ogóle jest. Wszystko bardzo fajnie przedstawione, trafiłaś do mnie i jak dla mnie jest to świetna zapowiedz dalszej historii.
    Ten temat zawsze mnie bardzo wzruszał, z zdanie: "Szansa Toma Marvolo Riddle na to, aby zaznać miłości prysła." oddaje to wszystko najlepiej. To trochę smutne, że Tom stał się tym kim się stał, właśnie przez to, że nie było mu dane zaznać miłości.

    OdpowiedzUsuń
  5. Masz świetny styl. Bardzo przyjemnie się czyta. Już nie mogę doczekać się pierwszego rozdziału. Nic dodać, nic ująć. Bardzo mi się podoba.
    Pozdrawiam i życzę weny,
    Rosa

    OdpowiedzUsuń
  6. Wpadam przez Ciebie w depresję ;_;
    ~ Zaczytana, której z poczucia beznadzie nawet nie chce się logować

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co ja takiego zrobiłam? Nieważne, i tak przepraszam...

      Usuń
  7. Wow *-*
    Samym prologiem zaciekawiłaś. Bardzo mi się podoba Twój styl pisania, wygląda, jakbyś każde słowo uważnie ważyła. Czuć było tę atmosferę... takiego mroku, tajemnicy i smutku... Z niecierpliwością będę czekała na rozdział...
    Życzę Ci weny ^^
    Sonia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i powiem, że postaram się jak najszybciej dodać kolejny rozdział
      Pozdrawiam i witam na moim blogu ^^

      Usuń