piątek, 18 marca 2016

Fragment

Nie zdążyłam... Następnym razem nawet nie będę wyznaczać terminów, bo i tak się w nich nie wyrabiam. Toma tak ciężko jest opisać, bo trzeba czuć to co on... W każdym razie wiem, że to okropnie długo i to niewybaczalne, więc przepraszam. Są blogerki, które nie mają wymówek i potrafią pisać całymi godzinami. Ja nie potrafię...
Ale są też i dobre strony. Mianowicie mam dla Was fragment rozdziału pierwszego, który może choć trochę osłodzi Wam czekanie. Jeszcze raz - gorąco Was przepraszam i liczę na rozgrzeszenie.



31 grudnia 1933 r.
Sierociniec Wool’s należał do jednych z najbardziej szanowanych w Londynie. Wielu dżentelmenów i niewiast przybywało tam, aby wesprzeć finansowo biedne sieroty, bądź nawet adoptować jedną z nich. Mali mieszkańcy tej placówki żyli może nie w luksusach, ale dostatecznie dobrze, jak na swoją klasę społeczną. Panował względny spokój, a wszyscy powoli zapominali o wojnie. W sierocińcu każdemu wiodło się dobrze. Z wszystkich sierot w Anglii to właśnie z tego przytułku najwięcej dzieci zostawało adoptowanych.
Inne dzieci jednak nie podzielały zdania dorosłych. Mieszkańców sierocińca nazywały „podrzutkami”. Wyśmiewały ich, dręczyły; wszystkich poza jednym. Tom Marvolo Riddle stanowił pewien wyjątek od tej reguły. Roztaczał wokół siebie dziwną aurę, która odpychała i przerażała wszystkich którzy chcieli się do niego zbliżyć. A jednak zawsze gdzieś tam był. Kiedy działo się coś złego to właśnie Tom znajdował się w tle tych wydarzeń. Zupełnie jakbty to on mógł być posądzony o te czyny. Jednak dlaczego ten dziwak, ten odmieniec Riddle prawie nigdy się nie odzywał? Milczał jedynie i patrzył na wszystkich obojętnym wzrokiem. Nie dołączał do zabaw, nie rozmawiał, kiedy jadł, zawsze z daleka od wszystkich. Skreślili go.
Tom Marvolo Riddle żył we własnym świecie. Nie nazwalibyście go jednak marzycielem. Przeczytał wiele książek, których nawet niektórzy uczeni nie potrafili pojąć, a on zrozumiał. Przyswoił wiedzę ze starych woluminów i dobrze ją wykorzystywał. Dobrze? Należy wyjaśnić, co Tom rozumiał przez słowo „dobrze”. Używał tej wiedzy aby coś osiągnąć. Dostać dodatkową porcję obiadu, przez nieszczere komplementy prawione kucharce. Zdobyć satysfakcję, że ktoś, kto próbował go pokonać na jakimś polu, już nie mógł mu zaszkodzić. Zdobył doświadczenie w manipulacji ludźmi. Nie przejmował się tym, że miał dopiero sześć lat. Czyż Mozart wtedy nie rozpoczął kariery? Wszystko zależało od punktu widzenia..
Dziś jednak był szczególny dzień – trzydziesty pierwszy grudnia. Śnieg padał obficie, a świąteczne nastroje jeszcze nikogo nie opuściły. Trwały uparcie na swoich stanowiskach, niczym żołnierze broniący twierdzy, walczący do ostatniej kropli krwi. Jednak nie na tym polegała wyjątkowość ostatniego dnia roku. Tom Riddle stawał się starszy o kolejny rok. Nie widział nic szczególnego w swoich urodzinach. Następna bezwartościowa liczba w kalendarzu. Następna bezwartościowa liczba, którą mierzono dojrzałość człowieka. Jakże prymitywnie. A Tom Marvolo nie był hipokrytą. Znikał ze swoich urodzin i nikt nie mógł go znaleźć. Wymyślono nawet plotkę, że odprawia jakieś bezbożne rytuały. A na dodatek, co śmiertelnie bawiło Toma – opisywano to ze szczegółami. Z biegiem lat jednak rozbawienie zmieniło się w niesmak.
Ten rok nie był wyjątkiem. Tom zniknął z samego rana. Pani Cole jak zwykle go szukała i jak zwykle jej się nie udało.Chłopiec wiedział, że czakała go kara. Opiekunka nie lubiła, kiedy ją kompromitował przed śmietanką towarzyską. Arystokraci przychodzili na przyjęcia urodzinowe z uśmiechami i pieniędzmi, ale on znał prawdę. Robili to dla opinii, dla własnej reputacji. Dlaczego inni również nie mogli tego zrozumieć? Tak się cieszyli, kiedy dostawali tanie prezenty, które przypadkowo wpadły w ręce ich dobroczyńców. Te uśmiechy na urodzinach najbardziej brzydziły Toma. Jak można cieszyć się z faktu, że o kolejny rok przybliżamy się do śmierci? To jakby świętować przegraną!
Chłopiec pisał w swoim nowym dzienniku. Rano najwyraźniej podrzucili mu go do torby, z którą się nie rozstawał. Pełno w niej było podobnych dzienników. Odkąd nauczył się pisać, zaczął przelewać myśli na papier. Jakże łatwo mieli ci, którzy nie grzeszyli kreatywnością. W ich głowie nie kłębiło się tyle myśli, tyle przyczyn, tyle skutków. Każda pojedyncza myśl miała sens. Nie była tylko kolejnym nieistotnym wywodem, nad którym zastanawiali się zwyczajni ludzie. Marnowali czas na żałosne poszukiwania sensu życia.
Czasami mam wrażenie, że w moim umyśle toczy się walka, pisał Tom. Dwa wilki wojują ze sobą, a ich celem jest wpływ na moje decyzje. Jednak to one są moimi najwierniejszymi towarzyszami. Wiedzą dokładnie, czego w danej chwili potrzebuję, bądź, co jest dla mnie lepsze. Rozumiem punkt widzenia każdego z nich. To moje myśli. Zwierzęta tylko pomagają mi przewidzieć, co osiągnę realizując me plany. Kiedyś chciałem obejrzeć pewiem spektakl w teatrze, ale one mi to odradziły. Dach budynku zawalił się goście zostali przygnieceni. Uratowały mi życie. A każdy komu zawdzięczam życie jest godzien mego szacunku i zaufania. Cały czas dowodzą swej lojalności, a ja nie potrafię znaleźć argumentów, które by temu przeczyły.
Jeden z nich [wilków] jest Biały. Pod sierścią ma kilka blizn, które z dumą nosi. Pysk zadziera do góry, a czarne ślepia potrafią zajrzeć wgłąb duszy i umysłu. Łapy ma potężne, zdolne kruszyć kości. Jego kły wpędzają przeciwników w obłęd. Pomimo, że jego sądy są łagodniejsze, nie nazwałbym go tym dobrym. Nazwałbym go słabszym, ale on nie jest słaby. Jednak jego przeciwnik jest silniejszy.
Nazywam go Czarnym. Sierść ma ciemną jak zimowa noc, oczy jak dwa płomienie. Łapy jak cztery grube pnie starych i potężnych drzew. Zęby stworzone do zabijania, zapewne nie raz zanurzyły się w ciepłej kąpieli, za którą służyło mu gardło wroga. Nie ma litości, a jego decyzje, kiedy wydawały się ludziom bezwzględne, tak naprawdę kierowane były inteligencją. Nigdy jeszcze mnie nie zwiódł i wierzę, że tego nie zrobi.
Kiedy przypadkiem wymsknęło mi się coś o moich towarzyszach przy pani Cole, ona przysłała do mnie lekarza. Ale ja nie jestem szalony. Daleko mi do obłędu, który zwykle opętuje wielkie umysły, kiedy przestają rozumieć własne myśli. To niebezpieczne w pełni zawierzać swemu umysłowi, bo nigdy nie wiadomo, kiedy przestanie cię słuchać. Na szczęście mój umysł żyje ze mną w idealnej harmonii. Jest świadomy, że jeżeli coś stanie się mnie, to przytrafi się także i jemu.
Nie jestem szalony. Kiedy mówiłem to mojej opiekunce potaknęła, ale jej oczy się śmiały. Nie traktowała mnie poważnie. Mówiła, że jak dorosnę, zrozumiem. Ale ja już rozumiem.  Ona ignoruje to, że pojmuję więcej  niż by chciała. Ignoruje całkiem realne zagrożenie. Ignorancja to moim zdaniem najgorsza choroba, która opanowuje ludzkość. Ale zaślepieni nią ludzie, nie widzą tego. Czarna śmierć dziesiątkowała populację, cholera ciągle zabija. Lecz żadne z nich nie może się „pochwalić” taką skutecznością jak ignorancja.Przez nieprzemyślane bitwy, które owszem były potrzebne, ale można je było poprowadzić inaczej, zginęły miliony ludzi. Juliusz Cezar zginął, ponieważ zignorował zagrożenie ze strony przyjaciół. Napoleon, chociaż prawie podbił cały świat, przegrał, ponieważ nie docenił predyspozycji przecwnika. Byli największymi wodzami swoich czasów, a wystarczyła jedna zła decyzja, a ze szczytu stoczyli się na sam dół. Jednak ma to i dobre strony – ja nie popełnię ich błędów. Jestem inteligentniejszy i to wcale nie pycha. To rzeczywistość.
To beznadziejny przypadek. Ja jeden przeciw całemu światu. Światu, który jest nękany przez zarazę. Może kiedyś nawet znajdę lekasrtwo lub unicestwię wirusa u korzeni, u ludzi. Być może właśnie do tego zostałem stworzony – aby uratować tych, których warto uratować. Aby stworzyć nowy, lepszy świat. Wiem, że nie jestem zwyczajny. Stworzono mnie do wyższych celów. Moim przeznaczeniem jest stać się jednym z wielkich.

Nie jestem szalony…

4 komentarze:

  1. Automatycznie wybaczam długi czas oczekiwania, bo rozdział jest super! Rozumiem zapracowanie (sama nie należę do osób mogących pochwali się dużą ilością wolnego czasu). Bałam się, że porzucisz opowiadanie (lekko mnie to dobiło), ale jest nowy post i banan na mojej twarzy wrócił :D Aktualnie uwielbiam świat i ludzi, a to wszystko dzięki rozdziałowi!
    Twój Tom jest rewelacyjny. Właśnie tak go sobie wyobrażałam - jako intelektualistę i samotnika. Podobają mi się jego rozważania na temat urodzin i wielkości. Może i są trochę zbyt dojrzałe jak na sześciolatka, ale Riddle był zawsze ponad przeciętną. Bardzo się cieszę, że wciąż kontynuujesz motyw z legendą o wilkach, to świetny wątek, opisujesz go bardzo dobrze, mam nadzieję, że w przyszłości będzie go więcej.
    Narobiłaś mi strasznego smaczku na doroślejszego Toma w Twoim wykonaniu, już nie mogę się doczekać następnego wpisu!
    Pozdrawiam ciepło i życzę duuuużo wolnego czasu i weny (nie martw się nie wyrabianiem z terminami, masz wiernych czytelników, którzy poczekają ;-)),
    Zaczytana (nawet odnalazłam chęć do zalogowania się :D)

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialny rozdział. Świetnie wykreowałaś postać Toma. Oddaje w pełni jego osobowość i poglądy. Masz wspaniały styl pisania, przez co opowiadanie bardzo przyjemnie się czyta :)
    Błędów nie znalazłam. Szkoda tylko, ze rozdziały pojawiają się tak rzadko.
    Pozdrawiam i życzę dużo weny.
    Rosa

    OdpowiedzUsuń
  3. Wchodzę, czytam komentarze i od razu az chce się pisać. Naprawdę. Zaczybam rozumieć, czemu wszystkim tak zależy na komentarzach. Wielkie dzięki, dziewczyny!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestes genialna <3 swietnie piszesz, az mam ciary po tym rozdziale, genialny i ten klimat ahh. Masz talent <3

    OdpowiedzUsuń