środa, 10 sierpnia 2016

1. Pierwszy brat



I tak najstarszy brat, który miał wojownicze usposobienie, poprosił o różdżkę, której magiczna moc przewyższałaby moc każdej z istniejących różdżek , za pomocą której zwyciężyłby w każdym pojedynku, różdżkę godną czarodzieja, który pokonał Śmierć! 
Baśnie Barda Beedle'a - Legenda o Trzech Braciach



31 grudnia 1933 r.
Sierociniec Wool’s należał do jednych z najbardziej szanowanych w Londynie. Wielu dżentelmenów i niewiast przybywało tam, aby wesprzeć finansowo biedne sieroty, bądź nawet adoptować jedną z nich. Mali mieszkańcy tej placówki żyli może nie w luksusach, ale dostatecznie dobrze, jak na swoją klasę społeczną. Panował względny spokój, a wszyscy powoli zapominali o wojnie. W sierocińcu każdemu wiodło się dobrze. Z wszystkich sierot w Anglii to właśnie z tego przytułku najwięcej dzieci zostawało adoptowanych.
Inne dzieci jednak nie podzielały zdania dorosłych. Mieszkańców sierocińca nazywały „podrzutkami”. Wyśmiewały ich, dręczyły; wszystkich poza jednym. Tom Marvolo Riddle stanowił pewien wyjątek od tej reguły. Roztaczał wokół siebie dziwną aurę, która odpychała i przerażała wszystkich, którzy chcieli się do niego zbliżyć. A jednak zawsze gdzieś tam był. Kiedy działo się coś złego to właśnie Tom znajdował się w tle tych wydarzeń. Zupełnie jakby to on mógł być posądzony o te czyny. Jednak dlaczego ten dziwak, ten odmieniec Riddle prawie nigdy się nie odzywał? Milczał jedynie i patrzył na wszystkich obojętnym wzrokiem. Nie dołączał do zabaw, nie rozmawiał, kiedy jadł, zawsze z daleka od wszystkich. Skreślili go.
Tom Marvolo Riddle żył we własnym świecie. Nie nazwalibyście go jednak marzycielem. Przeczytał wiele książek, których nawet niektórzy uczeni nie potrafili pojąć, a on zrozumiał. Przyswoił wiedzę ze starych woluminów i dobrze ją wykorzystywał. Dobrze? Należy wyjaśnić, co Tom rozumiał przez słowo „dobrze”. Używał tej wiedzy aby coś osiągnąć. Dostać dodatkową porcję obiadu, przez nieszczere komplementy prawione kucharce. Zdobyć satysfakcję, że ktoś, kto próbował go pokonać na jakimś polu, już nie mógł mu zaszkodzić. Zdobył doświadczenie w manipulacji ludźmi. Nie przejmował się tym, że miał dopiero sześć lat. Czyż Mozart wtedy nie rozpoczął kariery? Wszystko zależało od punktu widzenia..
Dziś jednak był szczególny dzień – trzydziesty pierwszy grudnia. Śnieg padał obficie, a świąteczne nastroje jeszcze nikogo nie opuściły. Trwały uparcie na swoich stanowiskach, niczym żołnierze broniący twierdzy, walczący do ostatniej kropli krwi. Jednak nie na tym polegała wyjątkowość ostatniego dnia roku. Tom Riddle stawał się starszy o kolejny rok. Nie widział nic szczególnego w swoich urodzinach. Następna bezwartościowa liczba w kalendarzu. Następna bezwartościowa liczba, którą mierzono dojrzałość człowieka. Jakże prymitywnie. A Tom Marvolo nie był hipokrytą. Znikał ze swoich urodzin i nikt nie mógł go znaleźć. Wymyślono nawet plotkę, że odprawia jakieś bezbożne rytuały. A na dodatek, co śmiertelnie bawiło Toma – opisywano to ze szczegółami. Z biegiem lat jednak rozbawienie zmieniło się w niesmak.
Ten rok nie był wyjątkiem. Tom zniknął z samego rana. Pani Cole jak zwykle go szukała i jak zwykle jej się nie udało. Chłopiec wiedział, że czekała go kara. Opiekunka nie lubiła, kiedy ją kompromitował przed śmietanką towarzyską. Arystokraci przychodzili na przyjęcia urodzinowe z uśmiechami i pieniędzmi, ale on znał prawdę. Robili to dla opinii, dla własnej reputacji. Dlaczego inni również nie mogli tego zrozumieć? Tak się cieszyli, kiedy dostawali tanie prezenty, które przypadkowo wpadły w ręce ich dobroczyńców. Te uśmiechy na urodzinach najbardziej brzydziły Toma. Jak można cieszyć się z faktu, że o kolejny rok przybliżamy się do śmierci? To jakby świętować przegraną!
Chłopiec pisał w swoim nowym dzienniku. Rano najwyraźniej podrzucili mu go do torby, z którą się nie rozstawał. Pełno w niej było podobnych dzienników. Odkąd nauczył się pisać, zaczął przelewać myśli na papier. Jakże łatwo mieli ci, którzy nie grzeszyli kreatywnością. W ich głowie nie kłębiło się tyle myśli, tyle przyczyn, tyle skutków. Każda pojedyncza myśl miała sens. Nie była tylko kolejnym nieistotnym wywodem, nad którym zastanawiali się zwyczajni ludzie. Marnowali czas na żałosne poszukiwania sensu życia.
Czasami mam wrażenie, że w moim umyśle toczy się walka, pisał Tom. Dwa wilki wojują ze sobą, a ich celem jest wpływ na moje decyzje. Jednak to one są moimi najwierniejszymi towarzyszami. Wiedzą dokładnie, czego w danej chwili potrzebuję, bądź, co jest dla mnie lepsze. Rozumiem punkt widzenia każdego z nich. To moje myśli. Zwierzęta tylko pomagają mi przewidzieć, co osiągnę realizując me plany. Kiedyś chciałem obejrzeć pewien spektakl w teatrze, ale one mi to odradziły. Dach budynku zawalił się goście zostali przygnieceni. Uratowały mi życie. A każdy komu zawdzięczam życie jest godzien mego szacunku i zaufania. Cały czas dowodzą swej lojalności, a ja nie potrafię znaleźć argumentów, które by temu przeczyły.
Jeden z nich [wilków] jest Biały. Pod sierścią ma kilka blizn, które z dumą nosi. Pysk zadziera do góry, a czarne ślepia potrafią zajrzeć w głąb duszy i umysłu. Łapy ma potężne, zdolne kruszyć kości. Jego kły wpędzają przeciwników w obłęd. Pomimo, że jego sądy są łagodniejsze, nie nazwałbym go tym dobrym. Nazwałbym go słabszym, ale on nie jest słaby. Jednak jego przeciwnik jest silniejszy.
Nazywam go Czarnym. Sierść ma ciemną jak zimowa noc, oczy jak dwa płomienie. Łapy jak cztery grube pnie starych i potężnych drzew. Zęby stworzone do zabijania, zapewne nie raz zanurzyły się w ciepłej kąpieli, za którą służyło mu gardło wroga. Nie ma litości, a jego decyzje, kiedy wydawały się ludziom bezwzględne, tak naprawdę kierowane były inteligencją. Nigdy jeszcze mnie nie zwiódł i wierzę, że tego nie zrobi.
Kiedy przypadkiem wymsknęło mi się coś o moich towarzyszach przy pani Cole, ona przysłała do mnie lekarza. Ale ja nie jestem szalony. Daleko mi do obłędu, który zwykle opętuje wielkie umysły, kiedy przestają rozumieć własne myśli. To niebezpieczne w pełni zawierzać swemu umysłowi, bo nigdy nie wiadomo, kiedy przestanie cię słuchać. Na szczęście mój umysł żyje ze mną w idealnej harmonii. Jest świadomy, że jeżeli coś stanie się mnie, to przytrafi się także i jemu.
Nie jestem szalony. Kiedy mówiłem to mojej opiekunce potaknęła, ale jej oczy się śmiały. Nie traktowała mnie poważnie. Mówiła, że jak dorosnę, zrozumiem. Ale ja już rozumiem.  Ona ignoruje to, że pojmuję więcej  niż by chciała. Ignoruje całkiem realne zagrożenie. Ignorancja to moim zdaniem najgorsza choroba, która opanowuje ludzkość. Ale zaślepieni nią ludzie, nie widzą tego. Czarna śmierć dziesiątkowała populację, cholera ciągle zabija. Lecz żadne z nich nie może się „pochwalić” taką skutecznością jak ignorancja. Przez nieprzemyślane bitwy, które owszem były potrzebne, ale można je było poprowadzić inaczej, zginęły miliony ludzi. Juliusz Cezar zginął, ponieważ zignorował zagrożenie ze strony przyjaciół. Napoleon, chociaż prawie podbił cały świat, przegrał, ponieważ nie docenił predyspozycji przeciwnika. Byli największymi wodzami swoich czasów, a wystarczyła jedna zła decyzja, a ze szczytu stoczyli się na sam dół. Jednak ma to i dobre strony – ja nie popełnię ich błędów. Jestem inteligentniejszy i to wcale nie pycha. To rzeczywistość.
To beznadziejny przypadek. Ja jeden przeciw całemu światu. Światu, który jest nękany przez zarazę. Może kiedyś nawet znajdę lekarstwo lub unicestwię wirusa u korzeni, u ludzi. Być może właśnie do tego zostałem stworzony – aby uratować tych, których warto uratować. Aby stworzyć nowy, lepszy świat. Wiem, że nie jestem zwyczajny. Stworzono mnie do wyższych celów. Moim przeznaczeniem jest stać się jednym z wielkich.
Nie jestem szalony…
Zatrzasnął dziennik i jedyne, co później usłyszał to trzask fajerwerków. Prychnął pod nosem i zwinął się w kłębek. Kara mogła poczekać do jutra.

13 kwietnia 1934

Billy Stubbs był głośny. Tom lubił ciszę. Gwarantowało to, że w większości przypadków będą trzymać się od siebie z daleka. Billy starał się trzymać blisko ludzi i ogólnego gwaru w sierocińcu, którego pośród ponad setki sierot nie brakowało. Riddle tymczasem chował się i przemykał jakby pośród cieni, tak cicho by nie mogli go dojrzeć. Pisał w swoich dziennikach zwierzając się samemu sobie, czytywał książki, na które dzieci w jego wieku nawet nie zwracały uwagi lub też nigdy o nich nie słyszały. Stubbs miał kilku przyjaciół, z którymi całą paczką starał się przerywać ciszę.
Billy’emu nie można było nic zarzucić. Był radosnym, zdrowym i czarującym dzieckiem. Pani Cole nazywała go „uroczym urwisem”. Dziewczynkom ustępował miejsca w przejściu, a obejście miał tak ujmujące, że opiekunki i goście rozpływali się nad chłopcem od czasu, gdy przybył do sierocińca.
Z jego pojawieniem się w życiu innych sierot wiąże się nieco smutna historia. Państwo Stubbs byli rodziną wystarczająco majętną, aby wyżywić dwójkę swoich dzieci, ale nie uchodzili za bogaczy. Podobnie jak Billy, czyli ich młodsze dziecko, oboje byli bardzo czarującymi ludźmi, którzy łatwo nawiązywali znajomości. Wiele londyńskich rodzin odwiedzało ich na przyjęciach, służących odwróceniu uwagi od wojny, która, Bogu dzięki, już dobiegła końca. Podczas jednego z przyjęć przypadkowo zginęła starsza siostra Billy’ego. Znaleziono ją pod długimi schodami ze skręconym karkiem. Wskutek nieprzewidzianych zdarzeń chłopiec stracił pamięć i nie wiedział, jak znalazł się na przyjęciu. Pani Stubbs płakała nad ciałem dziecka, a jej mąż potrząsał synem w celu uzyskania wyjaśnień. Chłopiec nie potrafił ich udzielić. Do tej pory nie ustalono, czy chodziło o śmierć dziewczynki, czy rodzice uznali, że ich własne dziecko kłamie; jednak o pani i panu Stubbs w Londynie już nikt nie usłyszał, a syn błąkał się po ulicach aż trafił do Sierocińca Woll’s.
Nad historią łzy uroniła jednak tylko pani Stubbs, bowiem reszta londyńskich dam wychodziła z przekonania, że młody panicz Stubbs jest młodocianym przestępcą i zabójcą, ponieważ zepchnął siostrę (którą nazywały aniołem) ze schodów. Ponadto przydawały mu wiele niegodnych dziecka z szanowanej rodziny cech. Uznawały za manipulatora i kłamcę, który wymyślił historyjkę z utratą pamięci, aby ratować własną skórę. Jakkolwiek te obelgi godziły chłopca za każdym razem, gdy zbierała się śmietanka towarzyska; nie dawał tego po sobie poznać. Młodsze damy były dla niego zawsze uprzejme, a ich zachowanie zgodne z ogólnie przyjętymi kanonami zachowania godnych najprawdziwszej damy.
— Ten, Stubbs – mawiały do siebie starsze panie z najznamienitszego w całym mieście towarzystwa, kiedy tylko zostawały same ze swymi plotkami. – To może i piękne, ujmujące dziecko, ale pamiętajcie, że i Diabeł najpierw zwodzi ludzkie dusze zanim ściągnie je w Otchłań. Pokazuje kawałek Raju, a w następnej sekundzie oddalasz się od niego najdalej jak można. Pomnicie moje słowa! Znam się na takich jak on. Mąż mojej siostrzenicy miał bękarta. Cóż to był za urwipołeć! Większego bandyty na oczy nie widziałam!
— Na mą duszę! – Krzyknęła kolejna staruszka. – Przecież powinno się go zamknąć w jakimś specjalnym szpitalu! Temu biednemu dziecku można by było pomóc wyjść na ludzi!
— Nad takimi jak oni odprawia się egzorcyzmy! – Przerwała jej kolejna, odstawiając szklankę na stolik tak mocno, że kilka kropel spadło na stolik. – Przed takimi jak on ostrzegała mnie moja świętej pamięci matka, a i ja będę ostrzegać was! – Groziła palcem młodszym dziewczętom, które przymilnie się uśmiechały, a jednak nie mogły się oprzeć urokowi młodzieńca.
W urodziny Billy’ego pojawiło się więcej osób niż na zwykłych tego typy przyjęciach. Głównie z powodu plotek, które wspomniane wcześniej panie chciały rozgłaszać później po całym Londynie. Ktokolwiek wyróżnił się wśród tłumu, w dobry lub zły sposób trafiał na języki dam. Stubbs jednak w ogóle się nimi nie przejmował. Dziewczęta ze znanych angielskich rodzin czochrały mu włosy i co chwila nazywały go „rozkosznym”. Uśmiechał się w odpowiedzi najbardziej anielskim uśmiechem, jaki posiadał. Kłaniał się im i całował ich ręce jak przystało na prawdziwego dżentelmena. Chichotały i wracały do jego włosów lub też ganiały go po całej sali. Starsze panie patrzyły na to kręcąc głową, lecz kryła się w tym serdeczność, a nie potępienie.
Podczas przyjęcia Billy popełnił tylko jeden błąd, jednak kosztował on go wiele. Wszyscy świetnie się bawili, ale w cieniu przemykała jedna postać, którą można zauważyć dopiero gdyby wytężyć wzrok bardzo, bardzo mocno. Kilku zebranych w pomieszczeniu wojskowych, których cechowała spostrzegawczość, przecierało oczy, ale przy drugim spojrzeniu nie widzieli nic, toteż zaraz przyjmowali to za zasługę zmęczenia.
Cień potrącił dziewczynkę w wieku około dziesięciu lat, która upadła na podłogę, lecz postać już odchodziła. Nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś łapie ją za ramię. Zebrani umilkli, a jedenastoletni teraz Billy trzymał w uścisku najbardziej znienawidzoną postać w całym sierocińcu, która budziła spore kontrowersje, ale któż przejmowałby się nieślubnym (bo o Meropie Gaunt nikt w mugolskim Londynie nie słyszał, a nawet i w magicznym mało kto wiedział o jej istnieniu) dzieckiem jakiejś nastoletniej matki, która za życia okryła się hańbą.
— Tom – zwrócił się do młodszego chłopca z łagodnym uśmiechem. – Jestem pewien, że to był tylko wypadek.
W miarę jak wypowiadał kolejne słowa pomagał dziewczynce wstać. Zarumieniła się i byłaby uciekła, gdyby nie ponaglające spojrzenie, które Stubbs utkwił w Riddle’u. Chłopiec nawet nie mrugnął, a jedynie wyprostował się nieco i uśmiechnął się nawet bardziej czarująco niż Billy. Jednym uśmiechem zyskał sobie szacunek wszystkich zebranych.
Nie myślcie sobie, że Tom uważał swoje zachowanie za błąd. Czasami odnosił wrażenie, że etykieta jedynie go ogranicza, a jednak dzięki stosownemu zachowaniu i ujmującemu obyciu bardzo łatwo zdobywał sobie zwolenników i manipulował innymi.
Zwrócił puste spojrzenie na dziewczynkę, która wciąż wpatrywała się w podłogę.
— Oczywiście – oznajmił głosem gładkim jak jedwab, który sprawił, że dorośli odetchnęli z ulgą i wrócili do swoich zajęć. – Jednakże – dodał już ciszej, mówiąc do Billy’ego – skoro był to wypadek, sprawiedliwie byłoby nazwać go obustronnym.
Stubbs zamrugał wyraźnie zbity z tropu. Cały jego urok w mig wyparował.
— O-obustronnym? – wymamrotał z uniesionymi brwiami. – Rozumiem twój punkt widzenia, Tom. Pamiętaj jednak, że dobre wychowanie wymaga przeproszenia damy.
— Naprawdę nie ma potrzeby – pisnęła szybko dziewczynka i umknęła na drugi koniec pomieszczenia.
Wszyscy byli zdziwieni tym, że chłopcy – jeden jedenastoletni i drugi dziewięcioletni – pokłócili się o coś takiego. Sięgnijmy jednak głębiej. Tom uważał, że Billy uraził go, ba, nawet przeszkodził mu w rozmyślaniach. Przez niego stracił myśl, która uciekała mu cały tydzień! Stubbs tymczasem myślał, że Riddle próbuje go upokorzyć na oczach wszystkich.
Tom spojrzał na starszego chłopca zimnym wzrokiem, a Billy w jednej chwili zrozumiał, czemu wszyscy bali się dziewięciolatka.
— To był wypadek, Stubbs – stwierdził chłodno. – Radzę ci, żebyś nie wtrącał się ze swoim długim nochalem w nieswoje sprawy, bo ktoś może ci go uciąć. Mówię to oczywiście, jako przyjaciel.
Kpina i groźba Toma zostały zakamuflowane dla przypadkowego słuchacza. Może nie perfekcyjnie, ale przecież nikt nie doszukiwał się drugiego dna w wypowiedziach dziewięciolatka. W dodatku w stosunku do starszego chłopca! Riddle na koniec uniósł lewy kącik ust w czarującym, dziecięcym uśmiechu pełnym niewinności. Włożył ręce do kieszeni i… zniknął. Billy w jednej chwili go widział, a w drugiej Tom rozpłynął się niczym duch.
— Przyjaciel… - powtórzył jak echo Billy i ze sztucznym zapałem podreptał do kolegów.
Opowiedział im o wszystkim, co wprawiło go w takie osłupienie. Słuchali w zdumieniu aż w końcu najstarszy z nich oznajmił:
— Myślę, że powinieneś odpowiedzieć Riddle’owi tym samym. Musisz mu pokazać, że się go nie boisz. Tacy jak on tylko prowokują.
Billy pokiwał głową, ale miał dziwne przeczucie, że Tom wcale nie kłamał ani nie wyolbrzymiał.

Następnego dnia pogoda dopisała i wszyscy spędzali przedpołudnie na zewnątrz. Tom jak zwykle krył się w swoim wyświechtanym płaszczu za rogiem budynku. Postawił wysoko kołnierz. Gdyby mu się dokładniej przyjrzeć, Tom był bardzo przystojnym dziewięciolatkiem. Była to kolejna broń, którą los ofiarował chłopcu i której nie wykorzystywał w sposób godny pochwały. Riddle zdawał sobie sprawę, że ludzie osądzają po pierwszym wrażeniu, a na pierwszy rzut oka Tomowi nic nie dało się zarzucić. Pomimo, że w płaszczu zapewne ziało kiedyś wiele dziur, które załatano zupełnie innymi materiałami, a szwy nie pozostawiały wątpliwości, że zaszył je sam; nikt nie uważał go za obdartusa ani biedaka. Pani Cole nawet śmiała się, że zostanie w przyszłości lekarzem.
Nagle poczuł, że ktoś grzebie w jego torbie. Odwrócił się w doskonałym momencie, aby zauważyć, że Billy Stubbs, ten sam, który zwrócił mu uwagę wczoraj, wyciągnął jeden z jego notesów. P r y w a t n y c h notesów! Tom nie był porywczy. Każdy jego plan był dopracowany i gotowy na wiele możliwych scenariuszy. Ale nigdy, nigdy nie podejrzewał, że ktoś mógłby być tak głupi, żeby ukraść coś jemu! Przybrał jednak najbardziej obojętny wyraz twarzy jaki potrafił, a był świetnym aktorem.
— Witaj, Billy. Czy zechciałbyś oddać mi, proszę, mój notes?
Stubbs wyraźnie się wahał, ale słowa kolegi z poprzedniego wieczora skutecznie uciszyły sumienie. Szybko otworzył notes i zaczął pochłaniać wyrazy zapisane bardzo schludnym, jak na dziecko pismem.
Czarny napiął mięśnie, gotów do skoku na przeciwnika. Reprezentował tę bardziej impulsywną naturę Toma. Jeżeli ktoś uraził Toma, na swoje nieszczęście ranił też jego wewnętrznego wilka, który pod wpływem swoich instynktów nie wybaczał podobnych przewinień, dopóki winny nie zapłacił krwią.
Biały jednak szczeknął na niego, nakazując mu czekać jeszcze chwilę. Rozsądniejszy głos Riddle’a ciągle miał przewagę nad poddaniem się emocjom. Jako dumne zwierzę Biały w równym stopniu odczuł skazę na swoim honorze, lecz dał szansę na tłumaczenie lub ewentualny odwrót przeciwnika.
— Billy, nalegam!
Ale Billy już przewracał kartkę. Nie powinien był tego robić. Niestety pomimo całej swojej wiedzy Tom nie rozumiał jednej rzeczy – ludzie rzadko robią to, co powinni w danej chwili zrobić. Można to albo potępiać jako najgorszą wadę, albo chwalić jako zaletę i znak rozpoznawczy ludzkości. W każdej jednak sytuacji należy okazać zrozumienie, którego Tom nie posiadał, dla nikogo, czyja opinia odbiegała od jego własnej.
W jednej chwili Billy trzymał notes w ręce, a w drugiej przedmiot był w rękach Riddle’a. Zawiał tak mocny wiatr, że musiał wyrwać go z uścisku chłopca. Powiew powietrza rozwiewał włosy Toma nadając mu groźny wygląd. Był wysoki jak na swój wiek, tego samego wzrostu co Billy, mógł więc bez problemów patrzeć mu w oczy. Stubbs widział w jego oczach taki chłód, jakiego nie widział jeszcze u nikogo. W nagłym odruchu cofnął się o krok, przełykając głośno ślinę.
— Ostrzegałem cię, Billy! Prosiłem, żebyś nie wchodził mi w drogę! Czy ja mówię niewyraźnie? Czy źle mnie zrozumiałeś, przyjacielu?
Billy pokręcił głową dostrzegając szaleństwo w oczach młodszego chłopca. Wyciągnął ręce do góry i zaczął coś mamrotać. Plątał się we własnych słowach i myślach, ale Tom nie miał dla niego litości.
Czarny podburzał go do walki. Biały nawet nie zamierzał go kontrolować tylko wył dziko o sprawiedliwość, choć nakazywał dozę rozsądku. Tom miał za sobą silnych motywatorów.
— Czego w takim razie nie zrozumiałeś? Powiedz mi, może wina leży po mojej stronie – mówił to tonem, który świadczył, że myśli coś zupełnie odwrotnego.
Najspokojniej w świecie schował swój notes do torby i uniósł lewy kącik ust. Billy przyznał w myślach, że wyglądał jak jeden z tych greckich bogów, o których uczyły go opiekunki. Groźny i piękny w swym szaleństwie.
Stubbs usiłował jeszcze coś powiedzieć, lecz jego mamrotanie brzmiało bardziej jak bełkot ogarniętego gorączką chorego niż tłumaczenie niewinnego człowieka.
— Przep… nie chcia… bardzo mi… błagam o wyb… - plątał się Billy, nie rozumiejąc w tej chwili nawet własnych myśli.
— Uspokoiłeś mnie, przyjacielu. – Odchodząc położył rękę na ramieniu Billy’ego, jakby to on był tym starszym. – Mam nadzieję na więcej takich… przyjacielskich rozmów. Do zobaczenia, Billy.
Tom Marvolo Riddle oddalił się, ale Billy czuł, że jeszcze z nim nie skończył. I to go przerażało – nie miał pojęcia, kiedy ani jak Tom uderzy, ale co do tego, że uderzy, nie miał wątpliwości.  Nie miał jednak pretensji do przyjaciół. Ukradł czyjąś własność. Zrobił coś, czego sam by nie chciał doświadczyć, a to czyniło go złym człowiekiem, który zasłużył na karę. Schylił głowę, a spod powieki wypłynęła łza gniewu. Szybko ją starł. Zobaczył jeszcze coś, co uznał za złudzenie. Wiatr podążał jedynie za Tomem. Zdecydowanie był niezwykłym człowiekiem. Niezwykle niebezpiecznym człowiekiem, poprawił się w myślach.

Rodzice, kiedy zostawiali Billy’ego w sierocińcu, zostawili mu również jego ukochane zwierzątko. Królika, którego nazwał Cerberem. Nie wiedział, czemu. Po prostu uznał go za strażnika swych sekretów. Matka często opowiadała mu historie o starożytnych bohaterach i ich szlachetnych czynach. Kiedy więc dotarła do Heraklesa i jego ostatniego zadania Billy’ego najbardziej zainteresował pies tak wierny swemu zadaniu, że był wręcz niebezpieczny. Być może uznał mityczne stworzenie za swój wzór człowieka lojalnego, którym zawsze chciał być.
Możecie sobie wyobrazić jak bardzo cierpiał, kiedy wszedł wieczorem do pokoju, a jego królik zwisał z krokwi. Zwierzątko miało skręcony kark. Billy najpierw oswobodził martwego już przyjaciela, a następnie z malutkim ciałkiem na ręku, wiedziony nagłym impulsem spojrzał przez okno.
Na zewnątrz, na deszczu, stał Tom Marvolo Riddle z kamienną twarzą.
Billy zrobił coś, co zapewne w normalnych okolicznościach pozostawiłby damom w opałach ze swych opowieści; krzyknął ze strachu, gniewu i żalu. Zapłacił za to, co zrobił, tylko, czemu Tom musiał go karać w tak okrutny sposób? Nie było już niczego, co przypominałoby mu o stracie dawnego życia wraz z utratą pamięci.
A Tom? Tom uśmiechał się jak stary, dobry przyjaciel, który wie dokładnie, przez co przechodzisz, ściskając w ręku muszlę z Kornwalii, którą podarowała Billy’emu siostra – łup wojenny. Jednak w jego uśmiechu nie było nic, co uspokoiłoby Billy’ego.
Czarny wył z uciechy, jakby to on skąpał swe kły w krwi królika. Biały kiwał tylko dumnie łbem, dług został spłacony.
Billy dostał swoją lekcję.
Nigdy nie wchodzić w drogę Toma Marvolo Riddle’a.

8 sierpnia 1935

Niestety, jak to często w życiu bywa, każdy uczy się tylko na swoich błędach. Nikt więc nie uznał sprawy sprzed roku  na godną zainteresowania. Nikogo nie obchodziło, że Billy Stubbs od tej pory bał się własnego cienia (może dlatego, że obawiał się, iż okaże się on Tomem Riddle’em), a nosa nie wyściubiał z pokoju jeśli opiekunki go nie zmusiły. Zwykła depresja po śmierci ukochanego zwierzaka. Opiekunki nie były znawczyniami psychologii, aby przejmować się humorkami trzynastolatka. Uznały to za uroki dojrzewania.
Żaden z mieszkańców sierocińca nie zdziwił się, kiedy Billy nalegał na panią Cole, aby nie jechać do Kornwalii, a zostać w sierocińcu razem z młodszymi dziećmi, które były jeszcze za małe na taką wyprawę. Starsza opiekunka, kiedy minął szok, delikatnie zapytała, czy nie chciałby rozważyć jeszcze raz swojej decyzji, ale jeżeli czegoś się Billy nauczył to uporu. Przy swoim zdaniu pozostał i nie wyjechał do Kornwalii.
W sumie na wakacje pojechało trzydzieścioro sierot. Bagaży nie było prawie wcale, a i wydatek niewielki, ponieważ jedna z arystokratycznych rodzin próbujących wkupić się w łaski śmietanki towarzyskiej zapłaciła za cały pobyt będąc „niezwykle zadowoloną, że takim biednym sierotkom mogą sprawić przyjemność”. Zatrzymali się w niewielkim hoteliku. Wiele dobrego nie można było o nim powiedzieć, ale i mało złego. Świadczyło to o miejscu nijak. Chodziło tylko, aby wydatek był jak najmniejszy. Sieroty przecież nie będą narzekać, że w końcu wyrwały się z Londynu. Mogły zobaczyć ocean. Ale cóż to dla dzieci za atrakcja? Całymi dniami biegały po całej wiosce, rozładowując całą skumulowaną w sobie przez podróż energię.
Tom zatęsknił za strachem. Strachem, jaki odczuwał wobec niego Billy. Stał się głodny tego strachu. Miał dziesięć lat i był wyjątkowo głodny. Riddle niemal oblizał się pod wpływem swoich myśli.
Podejdźmy bliżej, śmiało! Zajrzyjmy do ucha Toma. Zobaczymy obracające się trybiki, puzzle układane w obraz, który Riddle będzie chciał uczynić rzeczywistym. Miał jednak dziesięć lat. Niektóre puzzle były za duże lub za małe. Niektóre trybiki jeszcze się nie wyrobiły i nie nabrały wprawy w swoich zadaniach. Mimo wszystko, plan był świetny.
           Niczym wampir na głodzie, niczym alkoholik na początku swego odwyku wystawiony na pokuszenie; Toma ogarniało szaleństwo.
Biały szczeknął, co nieco otrzeźwiło Toma. Wymyślił tylko plan! Aby go zrealizować potrzebował zdrowego i chłodnego podejścia do sprawy. Wilk zdawał się patrzeć w duchowe oczy Riddle’a z lekką naganą, ale i radą. Jako przewodnik miał do tego prawo.
Czarny ostrzył sobie zęby i przyglądał się swoim pazurom na myśl o tym, co zrodziło się w głowie chłopca. Powoli przekonywał się, że strach jest najlepszą pożywką do przywódców. Napędza niczym olej silnik, niczym woda turbiny, niczym serce napędzające krew. Oblizał się, a Tom mimowolnie powtórzył gest ponownie.
Tom rozejrzał się po sierotach, które bawiły się dookoła. Szaleństwo w jego oczach na chwilę ugasło, choć ciągle się tliło. Na razie musiał działać zdroworozsądkowo. Nikomu jeszcze nie pomogło bezmyślne rzucanie się w wir zdarzeń. Plan. Miał plan. Najwyższa pora przejść do jego realizacji. Do upchnięcia puzzli siłą na właściwe miejsce jeśli trzeba, do pomocy trybikom w pracy, jeśli będzie musiał. W końcu czasami nawet szczęściu i talentowi trzeba pomóc.
Znalazł! Dwójka najweselszych dzieci, jakie tu z nim przyjechały. Bo to musiały być sieroty z Sierocińca Woll’s. Będą się go bały i po powrocie, a to jeszcze bardziej wzmocniło jego apetyt.
Spokój. Plan. Rozsądek.
Odetchnął głęboko, wypuszczając z dwutlenkiem węgla resztę szaleństwa. Pozostał jedynie blask w jego ciemnych oczach.
Spojrzał w niebo. Był ranek, więc miał sporo czasu. Nie mógł się jednak przeceniać. Tylko głupiec nie zna swych ograniczeń. Odwrócił się i poszedł po potrzebne rzeczy do wioski. Jeśli chciał potrafił być bardzo przekonujący.

Piętnastoletni chłopak o jasnych włosach siedział na huśtawce w wiosce. Dookoła niego biegała młodsza o rok energiczna, ciemnowłosa dziewczyna. Nie tylko kolor ich włosów świadczył o skrajnym przeciwieństwie, ale również charakter. Niesforna panna nakłaniała go do pójścia nad klify. Chciała na własnej skórze poczuć „oddech oceanu”, co było jej marzeniem, odkąd przeczytała wiele powieści na ten temat. Jej przyjaciel tymczasem nie zwracał uwagi na jej prośby. Wyrażał swoje zaniepokojenie w związku z poczynaniami Hitlera w Niemczech.
— Och, proszę cię, Dennis. Czy mógłbyś choć raz przestać być takim pesymistą i pomóc mi spełniać moje marzenia?
Uśmiechnęła się słodko, a Dennis spojrzał na nią takim wzrokiem, jakby naprawdę się wahał. Dziewczyna czesała się i ubierała modnie, jako że była jedną z najchętniej obdarowywanych mieszkanek sierocińca. Chciała jak najmniej wyróżniać się pośród tłumu i zatuszować swoje sieroctwo.
— Amy… Rozumiem, że jeszcze nigdy nie opuszczaliśmy sierocińca – odezwał się łagodnym głosem. – Ale twoje „marzenie” może nas słono kosztować! Pomyśl o tym racjonalnie: na klifach bardzo łatwo jest stracić równowagę i spaść.
Amy przewróciła oczami i zaczęła ciągnąć go za ubranie w każdą stronę, śmiejąc się przy tym niemal do łez. W końcu Dennis wstał, a jego usta walczyły z cisnącym się na nie uśmiechem. Przytrzymał ją za nadgarstki, jako że ciągle trzymała go za ubranie.
— Zawrzyjmy umowę – zaproponował, patrząc w świecące oczy Amy. – Będziemy się ścigać do hotelu. Jeżeli wygrasz, zgoda, wezmę coś do jedzenia i pójdziemy na klify, a może nawet zabiorę cię na plażę, jeśli znajdę jakieś zejście. – Dziewczyna pisnęła i podskoczyła z uciechy, wyszczerzając zęby w uśmiechu, ale pogroził jej palcem. – Ale jeśli ja wygram, nie usłyszę już ani jednego słowa o klifach, zrozumiano?
Amy przygryzła wargę i nagle niespodziewanie zrzuciła buty na obcasie i rzuciła się biegiem w stronę hoteliku. Dennis ruszył za nią, pewien swego zwycięstwa.
Kiedy Amy dotarła przed budynek z promiennym uśmiechem, butami w ręce i rozwianymi włosami, Dennis już na nią czekał. Wydęła usta niczym obrażone dziecko i tak po prostu, nie zważając na sukienkę, usiadła na ziemi z założonymi rękami. Chłopaka niemal naszły wyrzuty sumienia. Niemal.
— Amy, nie wygłupiaj się – upomniał ją matczynym tonem. – Jestem pewien, że jeszcze kiedyś będziesz miała okazję zobaczyć ocean.
Amy spojrzała na niego pełnym wyrzutu wzrokiem. Dennis zebrał wszystkie pokłady sił, jakie posiadał i starał się nie roześmiać.
— Dlaczego „kiedyś”, a nie teraz? – zapytał głos z cienia.
Po chwili wynurzył się i chłopak. Był od nich młodszy, to wiedzieli na pewno. Prawie dorównywał jednak Dennisowi wzrostem. Miał ciemne włosy i oczy. Dennis musiał przyznać, że był przystojny jak na dziesięciolatka. Amy tymczasem rozpoznała go od razu. Wstała i poprawiła sukienkę oraz włosy.
— Ty jesteś Tom Riddle – stwierdziła.
Przybysz skrzywił się niezauważalnie, ale zaraz na jego twarz powrócił wyraz uprzejmego nalegania. Amy zastanawiała się jak Billy Stubbs mógł obwiniać tego chłopca za swoje nieszczęścia. Przecież to zupełnie bezpodstawne! Wystarczyło na niego spojrzeć! Anioł. Tak właśnie określiłaby go jednym słowem.
Tom pokiwał głową.
— Co jeśli znam bezpieczną drogę do jednej z jaskiń na klifach? – nachylił się poufale do Amy i ściszył głos. – Będziesz mogła poczuć oddech oceanu na własnej skórze.
W oczach dziewczyny na nowo zapaliła się nadzieja. Świdrowała Dennisa wzrokiem, a on w końcu ugiął się i westchnął zrezygnowany.
— Prowadź Riddle – rzucił tylko.
Tom odwrócił się, aby wskazać im drogę, a jego lewy kącik ust powędrował do góry. Powoli dokładał opału do ognia w swoich oczach.

Kiedy znaleźli się nad klifem, Amy piszczała z uciechy, a Dennis z całych sił starał się ją opanować. Rzucał jakieś komentarze, które pewnie miały ostudzić jej zapał, lecz nic nie dały. Rozłożyła ręce i stanęła na krawędzi klifu. Chłopak ze ściągniętymi brwiami delikatnie popchnął ją do tyłu. Zachichotała jedynie.
Tom tymczasem wyciągał z torby linę. Nagle zmarszczył brwi zmartwiony.
— Obawiam się, że niestety będziemy musieli zejść bez liny – oznajmił.
— Dlaczego? Jeśli bez liny to nigdzie nie idziemy – od razu oświadczył Dennis.
Riddle prychnął z wyższością.
— Jeśli nie zauważyłeś, nie ma tutaj niczego, wokół czego mógłbym zawiązać linę – fuknął.
Amy zdawała się być głucha na rozsądek przyjaciela i z ochotą oświadczyła, że zejdzie po Tomie. Dennis odciągnął ją na bok, kiedy Tom zaczął schodzić na dół i próbował jej wyperswadować z głowy ten irracjonalny pomysł. Zbyła go jakimś głupiutkim komentarzem i podeszła do krawędzi. Znalazła oparcie na stopy i opuściła się na rękach odrobinę w dół. Dennis krzyczał do niej jakieś, w jego mniemaniu zapewne pomocne, komentarze. Po kilku metrach w dół nie czuła ramion. Pod sobą miała jedynie morze (Tom zniknął w jaskini), a nad sobą Dennisa. Odetchnęła głęboko i kiedy widziała przed sobą skalną półkę zaledwie pół metra niżej, skoczyła. Wydała z siebie okrzyk bólu i upadła na ziemię.
Dennis natychmiast pospieszył jej z pomocą. Schodził w dół niczym błyskawica. Kiedy znalazł się koło przyjaciółki, musiał stwierdzić, że ma skręconą kostkę i skałę wbitą w stopę, ponieważ buty zostawiła na górze.
            Wszystko szło zgodnie z planem Toma.
Słońce świeciło wprost na jaskinię, oświetlając jej wnętrze, więc Dennis przeniósł Amy pod osłonę jaskini. Tom Riddle stał na samym krańcu szklanej półki. Patrzył na ocean, a fale zdawały się burzyć pod jego spojrzeniem. Zerwał się gwałtowny wiatr, który porywał kropelki wody prosto w ich twarze. W starszych sierotach obudził się nagle lęk. Najpierw delikatny, ale zaraz zaczął płonąć mocniej.
Tom odwrócił się w ich kierunku z szaleństwem w oczach i uniesionym kącikiem ust. Wyglądał bardzo niebezpiecznie. Amy przytuliła się do Dennisa i przeklinała się w myślach, że po raz kolejny nie posłuchała przyjaciela. Może Riddle miał tylko dziesięć lat, ale właśnie zobaczyła to, co widział rok temu Billy Stubbs i wcale jej się to nie podobało.
           Tom postąpił krok do przodu. Za jego plecami świeciło słońce, a cień chłopca zdawał się być nienaturalnie duży. Riddle rozłożył ręce i Dennis dałby sobie głowę uciąć, że zaśmiał się. Oczywiście fale mogły zagłuszyć ten dźwięk, ale był pewien, że Tom Riddle się śmiał.
— Pozwólcie, że oprowadzę was po mojej jaskini – zaproponował swoim miękkim głosem.

Tom uwielbiał mieć kontrolę, a ta lekka dawka szaleństwa, która go wtedy opanowywała sprawiała, że miał ochotę to powtarzać. Miał wtedy dziesięć lat. Zapewne domyślacie się jak groźny stał się później, kiedy nabrał doświadczenia.

Ufff, udało mi się! W końcu! Mam nadzieję, że choć trochę wynagrodzi Wam to dłuuuugi okres oczekiwania. Ostatnio też odkryłam, że jakoś chyba w październiku będą drugie "urodziny" bloga. Siadłam i po prostu zaczęłam pisać, a to chyba najlepszy sposób. Musicie mi wybaczyć ten czas, kiedy nie dawałam znaku życia, ale planuję kolejne opowiadanie, a wiecie jak to jest z pomysłami - dziś są, jutro ich nie ma. Ale przecież tylko winni się tłumaczą... Jeszcze raz, mam nadzieję, że się spodoba. 

4 komentarze:

  1. genialny rozdział, piszesz swietnie, bardzo mi sie podoba Twoj styl pisania, swietnie to wszystko opisujesz az chce sie czytac, z niecierpliwoscia czekam na wiecej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, po prostu wow. Warto było czekać tak długo.
    Rozdział jest świetny, Tom bardzo realistyczny, no i oczywiście są także moje ukochane wilki.

    Bardzo podoba mi się, jak opisujesz sierociniec i jego mieszkańców. Każdy, kto pojawia się w opowiadaniu ma swoją własną historię. Atmosfera panująca w tym przybytku także jest cudownie opisana. Szanowany sierociniec, który odwiedza arystokracja chcąca przypodobać się prostemu ludowi i wyrobić sobie opinię współczujących darczyńców. Kupuję to w ciemno.

    Twój Tom jest świetny. Mimo że jest dzieckiem, wysnuwa wnioski, jakich nie powstydziłby się żaden dorosły, ale ma też w sobie dziecinny akcent, tak, że cała kreacja nie staje się sztuczna. Widać też w nim szaleństwo, z pozoru delikatne, ale wciąż pogłębiające się. Nic tylko podziwiam^^

    Wspaniale opisujesz Toma znęcającego sie nad innymi dziećmi, to jak bardzo mu wierzą do ostatniej chwili, to, że w ułamku sekundy potrafi zmienić się z anioła w demona.

    Ale i tak z tego wszystkiego najlepsze są wilki, naprawdę, zaraz po Tomie to moi ulubieni bohaterowie, także mam nadzieję, że w przyszłości będą się często pojawiały.

    Pozdrawiam serdecznie, życzę duuużo weny i pomysłów^^

    PS Następny rozdział ma być jeszcze dłuższy? Już nie mogę się doczekać <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak na kocham Twoje komentarze ♥ Przyznaję się, że po każdym poście czekam na opinię, a jak zobaczyłam Twój komentarz to poczułam się od razu lepiej i aż idę pisać kolejny rozdział ;)
      Tak ma być dłuższy, mam tylko nadzieję że wyrobię się przed końcem miesiąca.
      Spokojnie, wilków Ci nie zabraknie :D
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam

      Usuń